Z Volvo można odlecieć. Dziś w pozytywnym sensie tej metafory, a także wykorzystując samochód do dojazdu na lotnisko. Kiedyś można było odlecieć z Volvo dosłownie – dopowiedzą osoby, którym pobrzmiewa odgłos silników lotniczych (w tym odrzutowych) produkowanych przez Volvo. Jest bowiem w historii firmy interesujący rozdział, który można objąć wspólnym określeniem i hasłem w Wikipedii „Volvo Aero”. Dziś silniki odrzutowe marki można podziwiać choćby w muzeum fabrycznym Volvo w Goeteborgu. Za to w samochodach, takich jak na przykład model V60 można zachwycać się napędem hybrydowym, który pozwala odlecieć metaforycznie.
Sesja fotograficzna, w której za tło dla Volvo V60 posłużyły lotnicze perełki, dała nam miłą okazję, by przyjrzeć się skrzydłom. I tu nasunęło nam się skojarzenie, że aktualna oferta na Volvo XC40, XC60 oraz XC90 uskrzydla. Przepraszamy za jednoznacznie marketingowy wtręt, ale mocno siedzi nam ona w głowie, gdyż jest to mocna oferta – bez VAT. W związku z tym uznaliśmy, że warto, aby Szanowna Pani i Szanowny Pan ją poznali. Dlaczego uważamy ją za mocno atrakcyjną, można przekonać się tutaj – choćby na przykładzie modelu XC60.
Historia Volvo Aero
Są producenci samochodów, którzy swoja historię rozpoczęli od produkcji rowerów i o auta później ją rozszerzyli. Lecz są i tacy, którzy od samochodów zaczęli, a potem wzięli się nawet za lokomotywy, jak Volvo. Szwedzka firma zaczęła od produkcji samochodu ÖV4, popularnie zwanego „Jacob”, ale później produkowała także silniki zaburtowe, odrzutowe i rakietowe. Historia pod hasłem Volvo Aero rozpoczęła się w roku 1930 roku, kiedy powstała firma Nohab Flygmotorfabriker AB produkująca silniki lotnicze. Później były związki z SAAB-em, zdecydowanie mocniej zawieszonym w powietrzu. Ostatecznie, przed dziesięcioma laty, Volvo Aero trafiło w ręce (pod skrzydła) GKN Aerospace. Firma ta, ku naszej bezemisyjnej uciesze, pracuje nad celem bliskim Volvo, a prawie niewyobrażalnym – zerową emisją CO2 w lotnictwie (sic!).

Volvo V60 i latające maszyny
Do zdjęć pozował model V60 T8 Recharge, wyposażony w hybrydowy układ napędowy o mocy 455 KM (310 + 145 KM). Jego przyspieszenie – 0-100 km/h w 4,8 s – można porównywać z przyspieszeniem startowym samolotów, można więc uznać je za odlotowe. I na tym samochodową część szybko kończymy, więcej uwagi poświęcając na tło – na to jakie maszyny powietrzne V60 towarzyszyły.
Vought F4U Corsair (na zdjęciu tytułowym) jest jednym z najbardziej niesamowitych samolotów myśliwskich drugiej wojny światowej. Z Bitwy o Anglię pamiętamy przede wszystkim myśliwca Spitfire, a Corsair przebijał go mocą silnika (2300 KM) niemal dwukrotnie. Ta moc pozwalała mu osiągać prędkość maksymalną ponad 700 km/h oraz startować z krótkiego pokładu lotniskowców nawet z dużym obciążeniem. Do tego miał – jak widać na zdjęciach – składane skrzydła, co ułatwiało ustawianie samolotów na pokładzie lotniskowców.
Li-2 to radziecki samolot po prostu zerżnięty z Douglasa DC-3. Co prawda ruscy kupili licencję samolotu, ale szybko złamali jej warunki, wzmocnili konstrukcję i zmodyfikowali do zastosowania wojennego. Li-2 był produkowany w latach 1939 – 1947. W lotnictwie cywilnym mógł zabierać do 24 pasażerów, a służył m.in. w barwach LOT-u.
Oryginał, czyli amerykański DC-3, był jednym z najbardziej udanych samolotów w historii i walnie przyczynił się do spopularyzowania przewozów pasażerskich. Według szefostwa American Airlines był to pierwszy samolot zapewniający rentowność na przewozie pasażerów, bez rządowych dotacji. A ponieważ Douglas zbudował go na zapotrzebowanie tychże linii do obsługi długodystansowych nocnych lotów, pierwsza wersja była latającą sypialnią. Na pokładzie samolotu oznaczonego skrótem DST (Douglas Sleeper Transport) znajdowało się czternaście miejsc leżących. Taka lotnicza First Class przedwojennych czasów.

Dwusilnikowy Beechcraft Model 18 Expeditor był produkowany bardzo długo, bo w latach 1937–1970. Z wyprodukowanych około 9000 egzemplarzy, z powodu niedostatecznego zabezpieczenia korozyjnego dźwigara skrzydeł, niewiele przetrwało do dziś, nawet w stanie muzealnym.
North American T-28 Trojan to samolot zgrabny, jak na szkoleniowy przystało. W latach 50. i 60. służył w lotnictwie wojskowym kilku krajów, a teraz często służy do pokazów lotniczych. Ze swoją mocą 1400 KM ma co pokazać.

I jeszcze rodzynek
Helikopter Bolkow Bo 105 to prawdziwy unikat na skalę światową, bo jako jedyny śmigłowiec nadaje się do ekstremalnych akrobacji powietrznych. Ma sztywny wirnik bez przegubów, dzięki czemu można wykonywać nim tzw. beczkę, figurę niby zarezerwowaną dla samolotów. W innych helikopterach istnieje ryzyko, że łopaty wirnika zetną ogon śmigłowca. Prawdopodobnie nawet konstruktorzy nie przypuszczali, że do cechy „wielozadaniowy” dojdzie jeszcze „akrobatyczny”. Ponieważ jednak kręcenie nim beczek nie jest łatwe, wykonuje je tylko kilku pilotów na świecie. Normalnie maszyna służy jako śmigłowiec ratowniczy i szkoleniowy, a czasem także bojowy.
Czy słusznie uważamy, że – jak widać na zdjęciach – latające maszyny stworzyły dla hybrydowego Volvo V60 interesujące i szlachetne tło?
Radek Pszczółka
Zdjęcia: Krzysztof Niewiadomski